Krótka opowieść o niedoszłych bezrobotnych…

marzenie o własnym miejscu pracy

Zaczynał się październik, troje z nich właśnie rozpoczęło ostatni rok studiów. Kuba, ich starszy kolega, sfrustrowany dwuletnim bezowocnym bieganiem z CV od pracodawcy do pracodawcy, był już na wpół spakowany. Miał zamiar szukać szczęścia w Londynie lub Irlandii.

– Jak usłyszę jeszcze raz „zadzwonimy do Pana”, to chyba kogoś zamorduję… – zdanie, które wypowiedział podczas weekendowego wypadu na piwo, dźwięczało im w uszach jak memento…

– Za niecały rok będziemy mieć ten sam problem – myśleli.

– A ja się zwalniam – oznajmiła Alicja, która trzy lata temu została zadowoloną i super-zmotywowaną pracowniczką Ważnej Instytucji Kultury. – Nie dam chamowi satysfakcji wyrzucenia mnie pod byle pretekstem.

Praca była coraz częstszym tematem ich do niedawna beztroskich rozmów. Wiedzieli, że przed wakacjami zmienił się Alicji szef, a jej energia i motywacja ulotniły się natychmiast po pierwszej rozmowie, w której usłyszała, że przekracza swoje kompetencje. Nowy dyrektor doskonale czuł, że Alicja góruje nad nim pod względem pozycji w zespole i wiedzy. On był kompletnie zielony a stanowisko dostał po jakichś roszadach w koalicji samorządowej. Wyraźnie nie mógł znieść w swoim otoczeniu młodej kobiety, do której przynajmniej połowa pracowników przychodziła po porady.

To właśnie Alicja oznajmiła im:

– Mam pomysł. Jeszcze nie do końca wiem, o co chodzi, ale czuję, że to jest dla nas – powiedziała wyciągając z torby książeczkę „Jak założyć spółdzielnię socjalną”. Przez grupę przetoczyła się salwa histerycznego śmiechu.

– Robisz jaja z pogrzebu.

– Beka. Po prostu miszczyni.

– Daj mi to, zrobimy selfie i wrzucimy na fejsika, będzie fejm, jakiego dawno nie mieliśmy.

Wszyscy potraktowali to jak najlepszy dowcip, ale Alicja wyglądała na całkiem poważną.

– Zobaczcie jeszcze to, łosie – i rzuciła im jakieś gazetki. Po pół godzinie mieli zupełnie inne miny. Siedzieli ze smartfonami w ręku i w ciszy googlali kolejne hasła:

Owocni – knajpka i producent świeżo tłoczonych soków, Panato – agencja kreatywna, Topografie – organizator gier miejskich i eventów, Spóła Bum – filmowcy, producenci animacji i teledysków, Kooperatywa – studio graficzne, Rudy Goblin – pub i klub dla graczy i fanów fantasy, A-dream – agencja interaktywna, Locus – biuro co-workingowe. Knajpki, bistra, hostele, studio nagrań, agencja eventowa… – podsyłali sobie kolejne linki.

– Jak mówisz? Kooperatywy? Jakoś lepiej mi to brzmi niż spółdzielnie socjalne…

– I że niby my sami coś takiego zmontujemy? Niby jak?

– Właśnie jeszcze tego nie wiem, ale wiem, że to zrobimy. Oni, jak zaczynali, to nie wiedzieli nic na temat prowadzenia własnej firmy, a my mamy ich – zakończyła Alicja, wyciągając w stronę ekipy swój tablet.

„Pomocni Owocni. Pomagamy zakładać przedsiębiorstwa kooperatywne” – przeczytali w nagłówku wyświetlonej strony internetowej.

No risk no fun – ciągnęła Alicja – Zobaczmy, jak głęboka jest królicza nora… Oni wiedzą, co i jak, więc podpowiedzą nam, co mamy robić.

Dlaczego to robimy?

spotkanie kolektywu

Kooperacja to otwartość, współpraca i solidarność z tymi, którzy nie mają pomysłu na swoje miejsce pracy. Jesteśmy niewiele starsi od bohaterów naszej historii. Od paru lat „pracujemy na swoim”. Współodpowiadamy za nasze wspólne przedsięwzięcie. Jesteśmy kooperatywą – spółdzielnią, stowarzyszeniem, firmą pożytku publicznego. Nasze miejsce pracy pozwala rozwijać talent i pasję oraz wykorzystać wiedzę, którą wynieśliśmy ze studiów. Sami je utworzyliśmy, sami odpowiadamy za siebie, wspieramy się w tym, czego w pojedynkę na pewno byśmy nie dokonali. Ale firma to dla nas nie tylko praca.

Kooperacja pozwala nam zmieniać świat na lepsze. Chcemy więc, żeby było nas więcej. Dołączcie do nas!